Dusze mówiły Marii: „Gdybyśmy mogli wrócić na ziemię choć na jeden dzień spędzilibyśmy go w kościele, bo teraz wiemy Kto tam jest i wiemy co straciliśmy nie rozumiejąc tego za życia”. Ale ty jeszcze żyjesz, ty jeszcze możesz, ty jeszcze masz czas. Więc idź, idź na mszę świętą. Nie z obowiązku, ale jak na spotkanie z ukochanym. Nie jak widz, ale jak uczestnik, bo nie przyszedłeś oglądać, przyszedłeś ofiarować. Ofiaruj swoje zmęczenie, swoje rozczarowania, swoje grzechy, swoje potknięcia, swoje słabości. Połóż wszystko na ołtarzu i pozwól by Chrystus to przemienił. Bo On przemienia wszystko, przemienia chleb w ciało, wino w krew, a twoje małe grzeszne złamane życie przemienia w dar dla wieczności. Wtedy dopiero zrozumiesz, dlaczego dusze w czyśćcu mówią, gdybyśmy wiedzieli…

Ale ty już wiesz, teraz wiesz, więc nie czekaj aż umrzesz by zacząć kochać mszę świętą, zacznij teraz, jutro wstań wcześniej i idź. W niedzielę nie spóźnij się i nie wychodź wcześnie. Zostań do końca jak gość, który nie chce opuścić domu bo wie, że to dom jego Ojca. W tygodniu jeśli możesz znajdź jeden dzień, jeden tylko i ofiaruj pół godziny, która może skrócić twój czyściec o lata, bo msza święta to największy skarb ziemi i ci którzy to zrozumieli nie liczą ile razy przyszli. Przychodzą bo kochają, przychodzą bo tęsknią, przychodzą bo wiedzą, że nigdzie indziej nie znajdą tego co tam jest – Boga, który staje się pokarmem wieczności, która wchodzi w czas, miłości, która nie ma końca. I kiedy przyjdzie twoja śmierć – a przyjdzie i staniesz przed Bogiem – On nie zapyta ile wiedziałeś ale ile kochałeś. Wtedy każda msza na której byłeś, każde westchnienie serca, wszystko to stanie się światłem, które poprowadzi cię do domu, bo niebo nie otwiera się nie dla mądrych ale dla kochających.

Maria nie nauczyła się tego z książek, nie usłyszała tego na kazaniu, nie przeczytała w pobożnym traktacie, nauczyła się tego na własnym ciele, w doświadczeniu, które było jednocześnie straszne i święte. Wiele razy dusze przychodziły do niej z prośbą która brzmiała jak szept z wieczności: „Mario czy mogłabyś cierpieć trzy godziny za nas?” I Maria choć wiedziała co to znaczy odpowiadała: Tak. I wtedy przychodził ból, nie ból zwykły, nie migrena, nie skurcz, to było coś głębszego coś co paliło od środka jakby ciało i dusza płonęły jednocześnie. Ból tak intensywny, że Maria myślała: „Umrę to jest śmierć nie przeżyję tego.” Ale nie umierała, trwała trzy godziny, dokładnie trzy, ani minuty więcej ani mniej. Gdy trzecia godzina się kończyła ból znikał natychmiast jakby go nigdy nie było i na jego miejsce przychodził pokój tak głęboki, tak czysty, że Maria płakała z wdzięczności. Raz zapytała duszę: „Dlaczego to tak mocno boli?” I dusza odpowiedziała: „bo przyjęłaś to dobrowolnie, a miłość przemienia cierpienie w wartość nieskończoną.” Rozumiesz? Cierpienie samo w sobie nie zbawia. Cierpienie bez miłości to tylko ból pusty, bezcelowy, niszczący, ale cierpienie przyjęte z miłością, ofiarowane z wolnej woli, złączone z cierpieniem Jezusa staje się mocą, która może wymazać wieki oczyszczenia, bo Chrystus nie cierpiał dlatego, że musiał, cierpiał bo wybrał i to właśnie ten wybór, ta decyzja miłości nadała Jego cierpieniu wartość nieskończoną. To samo dzieje się z tobą, gdy przyjmujesz swoje cierpienie, jakiekolwiek ono jest i mówisz w sercu: „Panie ofiaruję Ci to.” Wtedy zamieniasz ból w dar, zmieniasz przekleństwo w błogosławieństwo, przemieniasz pustkę w ofiarę. Pomyśl o matce, która nie śpi całą noc bo dziecko jest chore, mogłaby narzekać, mogłaby się złościć, mogłaby czuć się nieszczęśliwa, ale jeśli powie: „Panie to dla Ciebie, to za dusze w czyśćcu”. Ta jedna noc może wymazać lata czyśćca nie tylko jej ale i innych. Pomyśl o robotniku którego poniżają w pracy, słyszy ironiczne uwagi szyderstwa, lekceważenie, każdy dzień to upokorzenie ale jeśli powie: „Chryste Ty też byłeś poniżany łączę mój ból z Twoim bólem”, to upokorzenie przestaje być stratą, staje się ofiarą, staje się łaską. Pomyśl o człowieku samotnym, nikt nie dzwoni, nikt nie odwiedza, dni są puste a serce ciężkie… Ale jeśli ta samotność zostanie ofiarowana jeśli powie: „Panie wiem że Ty też znałeś samotność w Getsemani, na krzyżu, ofiaruję Ci moją samotność razem z Twoją”, ta pustka staje się modlitwą, która niesie błogosławieństwo innym. Wszyscy oni gaszą płomienie czyśćca, skracają lata oczyszczenia swojego i innych jednym westchnieniem ofiary. Tylko ci, którzy wiedzą jak je ofiarować przemieniają je w łaskę, a kiedy ofiarowujemy nasze cierpienie Matce Najświętszej to ona je przyjmuje, oczyszcza i przekazuje tam gdzie jest najbardziej potrzebne. Bo Maryja to matka a matki wiedzą gdzie ich dzieci najbardziej cierpią. Ona wie, które dusze w czyśćcu są zapomniane. Wie, które nie mają nikogo kto by się za nie modlił. Kiedy ofiarowujesz swój ból Jej, Ona go niesie tam gdzie jest najbardziej potrzebne. Nie chodzi o to by szukać bólu, nie chodzi o to by przywoływać cierpienie. Chodzi o to by nie marnować tego co jest. Bo cierpienie przychodzi do każdego w jakiejś formie, w jakimś czasie. Ale ty możesz wybrać co z nim zrobisz, możesz się w nim zatracić, narzekać, zamknąć w sobie, oskarżać Boga i ludzi. Wtedy cierpienie będzie tylko cierpieniem straconym, zmarnowanym, pustym. Albo możesz je ofiarować i wtedy choć nadal boli, choć nadal jesteś zmęczony, choć nadal płaczesz, w tym bólu jest sens, w tym zmęczeniu jest łaska, w tych łzach jest zbawienie.

nasz adres: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

© 2014 Rzymskokatolicka parafia p.w. Śś. Stanisława i Bonifacego B.M.