Maria często mówiła: „Jedno słowo może zabić, jedno słowo może uleczyć.” I to jest prawda, którą większość z nas ignoruje. Myślimy, że słowa to nic, że intencja się liczy, że nie chciałem. Ale słowa mają wagę wieczną, wyrzeźbiają dusze, budują lub niszczą i każde z nich zostaje zapisane, nie w książce ale w sercu, nie na papierze ale w wieczności. Bo Bóg nie prosi cię byś czuł miłość, on prosi byś miłość wybrał. Widzisz różnicę, czucie przychodzi i odchodzi jak fala, ale wybór zostaje. Wybór to decyzja podjęta mimo zmęczenia, mimo urazy, mimo bólu. To ojciec który mimo wyczerpania klęka obok łóżka dziecka i modli się z nim przed snem, to kobieta, która powstrzymuje język gdy mogłaby zranić, upokorzyć, zniszczyć jednym zdaniem, to ktoś kto widzi wroga i w sercu, w ciszy gdzie nikt nie słyszy mówi: „Panie pobłogosław go.” Każdy taki gest gasi płomienie których nawet nie widzisz. Każdy taki wybór oczyszcza duszę już teraz tu w czasie gdy jeszcze możesz, bo potem będzie tylko ogień, ogień miłości Boga, który nie może przyjąć niczego nieczystego i który oczyszcza wszystko co nie zostało oczyszczone w życiu. A to boli, och jak boli.
Dusze mówiły Marii, że gdyby ludzie wiedzieli jak bardzo boli czyściec, płakaliby i modliliby się każdego dnia. Ale ty możesz zacząć dziś nie musisz czekać na śmierć, możesz zacząć oczyszczenie teraz w prostych codziennych gestach. Kiedy ktoś cię zrani – wybacz, nie czekaj aż poczujesz, że możesz, wybierz, powiedz w sercu: „Panie wybaczam, pomóż mi to poczuć, ale wybieram wybaczenie.” Teraz kiedy jesteś zmęczony i chcesz tylko ciszy, ale dziecko potrzebuje cię, wybierz, podnieś się, przytul je, posłuchaj, bo te małe chwile to nie strata czasu, to budowanie wieczności. Kiedy widzisz kogoś kogo nie znosisz i pierwszą myślą jest krytyka, zatrzymaj się i w ciszy błogosław, nie mów tego głośno jeśli nie możesz, ale w sercu gdzie tylko Bóg widzi powiedz: „Panie obdarz go swoją łaską.” To nie są wielkie czyny, to małe decyzje, ale małe decyzje budują wielkie dusze, a wielkie dusze nie muszą długo czekać w czyśćcu.
Prawda jest taka: najbardziej święci to nie ci, którzy nigdy nie zgrzeszyli, ale to ci, którzy wybaczali szybko, kochali mimo bólu i wybierali miłość, nawet gdy serce krzyczało inaczej. Maria Simma nauczyła się tego od dusz, one nie mówiły jej o wielkich grzechach, mówiły o małych zaniechaniach miłości, o słowach niewypowiedzianych, o przytuleniach odmówionych, o chwilach gdy mogli wybrać ciepło, ale wybrali chłód, i płakały nie dlatego, że Bóg je skazał, ale dlatego, że same widziały ile miłości zmarnowały.
Więc pytam cię ile miłości marnujesz ty w tym tygodniu, w tym dniu, w tej godzinie? Ile razy mogłeś wybrać ciepło ale wybrałeś chłód? Ile razy mogłeś błogosławić ale wybrałeś krytykę? Nie czekaj. Zacznij dziś. Zacznij teraz. Bo każdy gest miłości, nawet najmniejszy ma wagę wieczną. Każde wybaczenie gasi ogień, który mógłby cię palić później. Każde błogosławieństwo buduje skarb w niebie. I kiedy przyjdzie twój czas – a przyjdzie – nie będziesz stał przed Bogiem z pustymi rękami. Będziesz stał z sercem pełnym małych, cichych wyborów miłości. I te małe wybory otworzą niebo, bo niebo nie otwiera się dla doskonałych, otwiera się dla tych, którzy wybrali miłość, niedoskonale, potykając się, padając i wstając, ale wybrali i to wystarcza.
Dusze mówiły Marii z taką powagą, że aż dygotała, że gdyby ludzie wiedzieli ile znaczy jedna msza święta, kościoły byłyby pełne każdego dnia. Każdego dnia, nie tylko w niedzielę, nie tylko na święta, każdego dnia bo msza święta to nie obrzęd, to nie zwyczaj, to nie obowiązek. Msza święta to moment, w którym niebo dotyka ziemi, to chwila w której czas zatrzymuje się przed wiecznością, to miejsce gdzie Chrystus znów staje się obecny, nie symbolicznie, nie wspomnieniowo, ale realnie, całkowicie, niewypowiedzialnie. Dusze w czyśćcu wiedzą to lepiej niż ktokolwiek żywy, wiedzą bo już widzą, wiedzą bo już nie mają wiary – mają wiedzę i ta wiedza pali bardziej niż jakikolwiek ogień. Dusze mówiły Marii: „Msza święta pomaga nam bardziej niż jakakolwiek inna modlitwa” Jeden tylko moment mszy ma większą moc niż tysiące różańców, niż godziny modlitwy, niż posty i pokuty razem wzięte. Dlaczego? Bo msza to nie nasza modlitwa, to modlitwa Chrystusa, to Jego ofiara, to Jego miłość. A miłość Chrystusa ma wartość nieskończoną, przewyższa wszelki grzech, wszelkie oczyszczenie, wszelką pokutę.
Ale jest jeden szczegół, tajemnica o której niemal nikt nie wie. I Maria powtarzała ją ze łzami: po śmierci otrzymujesz owoce mszy świętych dokładnie według miłości i czci jaką miałeś dla nich za życia. Pomyśl o tym. Jeśli traktowałeś mszę jak obowiązek, jeśli przychodziłeś bo trzeba, jeśli twoja obecność była fizyczna, ale serce było gdzie indziej, otrzymasz bardzo mało, bardzo bardzo mało.
Maria opowiadała o tych którzy mówili: „Chodzę tylko w niedzielę” i mówiła z żalem: „Ci będą musieli długo czekać zanim msza im pomoże po śmierci, nie dlatego, że Bóg jest okrutny, ale dlatego, że Bóg daje według serca. Jeśli twoje serce było zimne wobec największego daru jaki mógł ci dać, to jak może ten dar cię ogrzać gdy jesteś w ogniu. Nie musisz być teologiem by kochać mszę świętą, nie musisz rozumieć wszystkich tajemnic, znać wszystkich modlitw, czytać wszystkich ksiąg.
Matka która przychodzi zmęczona po całym dniu pracy, siada w ostatniej ławce i w ciszy ofiaruje swoje wyczerpanie przy ołtarzu, ta matka jest droższa Bogu niż najwybitniejsi uczeni.
Robotnik, który klęka z pokorą przed tabernakulum i nie mówi nic, bo nie umie, ale kocha, jest świętszy niż wielu znawców liturgii, bo Bóg nie patrzy na twoją wiedzę, patrzy na twoje serce. Kiedy zapada wieczór powiedz w sercu: Panie gdzieś na świecie kapłan podnosi kielich, gdzieś wypowiadane są słowa konsekracji, gdzieś ty stajesz się obecny, łączę moje serce z tą ofiarą, przyjmij moją pracę, mój ból, moją radość, wszystko ofiaruję razem z Twoją ofiarą. To wystarczy, by niebo usłyszało, wystarczy by twoje życie zostało połączone z mszą nawet gdy jesteś daleko.
Uczysz dzieci, ucz je czcić mszę świętą, nie słowami, gestami, pokaż im jak powoli robić znak krzyża jakby każdy ruch miał znaczenie, naucz je klękać z czcią nie jak automaty ale jakby klękały przed królem, bo klękają przed Królem.
Czy szybko wybaczasz? Czy ofiarujesz swoje cierpienia Bogu? Czy cenisz mszę świętą jako największy skarb na ziemi?
Te pytania nie są teoretyczne. Są konkretne, są wieczne bo patrzysz w nie jak w lustro, a lustro to pokazuje nie twarz lecz duszę i kiedy przyjdzie czas – a przyjdzie dla każdego z nas – te pytania staną się nie słowami ale ogniem. Ogniem, który nie pochłania lecz odsłania, ogniem, który nie niszczy lecz oczyszcza, ogniem który pyta: „Kim naprawdę byłeś gdy nikt nie patrzył?”
Maria Simma nie była wizjonerką, nie szukała sławy, nie wychodziła na place, nie wznosiła rąk do nieba, nie zapisywała objawień w grubych księgach. Była zwykłą kobietą z Alp austriackich, cichą, pracowitą, skromną, żyła w małej wiosce, gdzie dni były podobne do siebie jak paciorki różańca, a każdy gest miał swoją prostotę. Praca, modlitwa, milczenie. Nikt nie spodziewał się, że właśnie w tej prostocie Bóg umieści nadzwyczajną tajemnicę. Bo to właśnie w cichych sercach Bóg mówi najgłośniej. To właśnie w ukrytych życiach objawiają się rzeczy, których nie pojmują uczeni. To właśnie do prostych przychodzą zmarli.
Pewnej nocy Maria obudziła się z głębokim uczuciem, że nie jest sama. Nie był to lęk, raczej świadomość obecności. W ciemności jej małego pokoju stała postać. Nie było blasku, nie było strachu, tylko spokojny, niemal smutny głos: „Mario pomódl się za mnie, cierpię.” Zanim zdążyła odpowiedzieć, postać zniknęła jak dym, ale Maria wiedziała, w głębi duszy, że to nie był sen, to nie była iluzja, to była dusza z czyśćca. Od tamtej nocy zaczęły przychodzić inne, nie co dzień, ale często. Nie przychodziły straszyć, lecz prosić. Nie wyły z bólu, lecz pytały z pokorą: „czy możesz się pomodlić, czy możesz ofiarować coś za nas, czy pomożesz nam wrócić do domu?”
Bo czyściec to nie potępienie. To tęsknota, to oczekiwanie, to ogień który nie niszczy lecz oczyszcza, ale który pali tym mocniej im bardziej dusza odkładała oczyszczenie. Dusze te wiedziały, że jeszcze nie są gotowe na spotkanie z Bogiem twarzą w twarz. I wiedziały, że mogą prosić o pomoc żywych.
Dlaczego wybrały Marię? Bo była prosta, bo nie pytała dlaczego ja, lecz co mam zrobić? Bóg nie szuka bohaterów, szuka gotowych serc. A w sercu Marii było miejsce dla tajemnicy. Z czasem Maria zaczęła pytać. Nie ze strachu, lecz z miłości. Pytała o wszystko. Dlaczego niektóre dusze cierpią dłużej, co sprawia, że oczyszczenie jest powolne, co żywi mogą zrobić by przyspieszyć ich drogę do nieba. I dusze odpowiadały. Nie długimi kazaniami, nie filozoficznymi traktatami. Odpowiadały konkretnie. Mówiły prawdę, którą większość ludzi woli ignorować. Że życie wieczne zaczyna się teraz, że każde słowo ma wagę, że każdy wybór zostawia ślad w wieczności.
I z tych odpowiedzi Maria wydobyła trzy działania. Trzy proste, ale potężne drogi oczyszczenia. Trzy decyzje, które każdy z nas może podjąć. Dziś, teraz, zanim będzie za późno. Proste? Tak. Łatwe? Nie. Ale przemieniające całkowicie. Bo prawda jest taka: większość ludzi nie trafia do piekła, większość trafia do czyśćca i większość tam cierpi, nie przez wielkie zbrodnie, lecz przez małe obojętności. Nie przez morderstwo, lecz przez chłód. Nie przez zdradę, lecz przez niedbałość o miłość.
Maria Simma nie była świętą, ale stała się mostem, między żywymi a zmarłymi, między czasem a wiecznością, między obojętnością a miłością. I teraz ty stoisz na tym moście i musisz wybrać. Czy przejdziesz dalej, czy zostaniesz tam gdzie stoisz? Czy wysłuchasz tego, co zmarli mają do powiedzenia żywym? Czy pozwolisz by te trzy działania przemieniły twoje życie, zanim życie zamieni się w ogień? Bo czas płynie, a wieczność czeka.
Maria powtarzała zawsze z dziwną powagą, jakby sama jeszcze nie mogła uwierzyć w to co usłyszała. Grzechy najdłużej oczyszczane w czyśćcu to nie wielkie zbrodnie, to grzechy przeciwko miłości. Nie morderstwo, nie kradzież, nie zdrada w wielkim stylu, ale chłód, obojętność, słowa twarde jak kamień, sarkazm wypowiedziany przy kolacji, milczenie użyte jak broń, spojrzenie pełne pogardy. To wszystko, te małe codzienne okrucieństwa wypełnia czyściec bardziej niż cokolwiek innego. Dusze mówiły Marii: „Najbardziej cierpimy za to, co zrobiliśmy w domu, za to jak traktowaliśmy tych którzy nas kochali”.
Pomyśl o tym. Ile razy zraniłeś kogoś kogo kochasz, nie mieczem ale słowem? Ile razy twoje milczenie było okrutniejsze niż krzyk? Ile razy uśmiechnąłeś się do obcych, a do swoich byłeś lodowaty? Ojciec wraca zmęczony z pracy, siada przed telewizorem, ignoruje dzieci, które czekają na jedno słowo, jedno spojrzenie, jedno dotknięcie uwagi. Żona gromadzi urazę przez lata jak skarb, pamięta każde słowo, każdą zdradę, każdą obietnicę złamaną i choć mieszka z mężem pod jednym dachem jej serce jest zamknięte jak grób. Ktoś kto uśmiecha się na zewnątrz ale w środku ocenia, krytykuje, gardzi… – myśli, że nikt tego nie widzi. A przecież Bóg widzi wszystko i dusza po śmierci widzi sama siebie, dokładnie, bezlitośnie, całkowicie. I wtedy płacze. Nie dlatego że Bóg ją każe, ale dlatego, że widzi ile miłości zmarnowała, ile szans przepuściła, ile razy wybrała chłód zamiast ciepła.
nasz adres: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
© 2014 Rzymskokatolicka parafia p.w. Śś. Stanisława i Bonifacego B.M.